Miejsca, w których ziemia uległa wodzie
Gran Canaria ma pochodzenie wulkaniczne, podobnie zresztą jak cały archipelag Wysp Kanaryjskich, do którego należy. Z morza wyłoniła się ok. 14 mln lat temu podczas fazy ożywionego wulkanizmu, trwającej mniej więcej 500 tys. lat. Naukowcy oceniają, że z wnętrza globu wylało się wtedy prawie 1000 km3 lawy o różnym składzie chemicznym i różnej zawartości krzemionki. Dziś buduje ona trzy czwarte powierzchni wyspy. Reszta pochodzi z późniejszych erupcji, z których ostatnia nastąpiła ok. 2 tys. lat temu. Niewykluczone, że Gran Canaria jeszcze się obudzi, ale na razie dominuje na niej erozja wywoływana głównie przez wodę płynącą. To ona od niepamiętnych czasów modeluje tutejszą topografię. Wynurzający się z wody wulkaniczny ląd został przez nią głęboko ponacinany. Niektóre z tych nacięć, a są ich dziesiątki, mają głębokość kilometra.
Olbrzymie kaniony tworzą zapierający dech w piersiach półpustynny krajobraz z rozległymi panoramami, urwiskami i labiryntem dolin, na których dnie skryły się rośliny, dzikie zwierzęta i ludzie. Jednym z takich miejsc jest kanion Guayadeque w południowej części wyspy. Występuje tu ponad 80 gatunków roślin i zwierząt, niespotykanych nigdzie poza Gran Canarią. Wśród tych endemitów jest Gallotia stehlini – jedna z największych przedstawicielek rodziny jaszczurek w całym Starym Świecie, osiągająca 80 cm długości. Pierwsi ludzie pojawili się w tej dolinie ponad 2 tys. lat temu. Uważa się, że byli to Berberowie z północnej Afryki. W Guayadeque i innych kanionach zakładali skalne osady i zajmowali się rolnictwem. Hodowali owce, kozy i świnie, uprawiali pszenicę, jęczmień i rośliny strączkowe. Tu również skryli się i bronili przed Hiszpanami, którzy wylądowali na wyspie w XV w. Najeźdźcy wygrali, a następnie sami wprowadzili się do domów wykutych w zboczach kanionu. Część z tych niezwykłych skalnych siedzib jest wciąż użytkowana, choć stałych mieszkańców pozostało dziś niewielu.
W innych kanionach, gdzie spada więcej deszczu, a gleba jest wilgotniejsza, powstały rozległe plantacje migdałowców, bananowców, a nawet kawy. Ten kontrast pomiędzy suchymi półpustynnymi, często pozbawionymi roślinności płaskowyżami a oazami zieleni ukrytymi w rozcinających je kanionach dostrzeżemy nie tylko na Gran Canarii. Wzorzec ten powtarza się w wielu miejscach na globie.
Himalajscy rekordziści
Choć samo pojęcie „kanion” nie zostało precyzyjnie zdefiniowane przez naukowców, to zwykle oznacza długą na wiele kilometrów i głęboką na setki metrów rysę w powierzchni terenu. Zdarzają się kaniony jeszcze większe – o głębokości liczonej w kilometrach i mające setki kilometrów długości. Ale są też pęknięcia małe, co nie zmniejsza ich atrakcyjności, za to czyni je bardziej dostępnymi i czasami mniej bezpiecznymi. Najbardziej charakterystycznymi cechami takich naturalnych szczelin, dużych i małych, są ich strome ściany oraz niewielka szerokość w stosunku do głębokości i długości. Najogólniej rzecz ujmując, kanion to względnie wąska i zarazem dość przepaścista forma terenu. Jak powstaje? Zwykle w wyniku erozji rzecznej. Woda płynąca wrzyna się w teren, równocześnie usuwając produkty swojej destrukcyjnej działalności.
Przebieg erozji i jej efekt końcowy mogą być różne, o czym decyduje wiele czynników, w tym twardość skał i ich rodzaj, a także warunki klimatyczne. Klasyczny kanion tworzy się wtedy, gdy rzeka zaczyna nacinać górski płaskowyż, penetrując coraz głębsze jego warstwy. Trwa to bardzo długo, zwykle wiele milionów lat, a na koniec płaska lub lekko pofalowana powierzchnia górskiej równiny zostaje rozkrojona przez wodę niczym tort weselny. Strome ściany rozcięcia rodzą się z oporu stawianego wodzie przez podłoże. Wyszukuje ona w skałach słabsze strefy towarzyszące liniom spękań i uskoków, a następnie na nich koncentruje swoją siłę erozyjną. Stąd bierze się liniowy przebieg takich nacięć.
W szerszym rozumieniu pojęcie „kanion” odnosi się również do typowych dolin górskich na tych odcinkach, na których są węższe i bardziej strome. Takie przewężenia powstają często wtedy, gdy rzeka pokonuje barierę górską. Przełomy mogą mieć różną genezę, ale niemal zawsze obserwujemy w nich znaczne różnice wysokości pomiędzy dnem doliny a najwyższym punktem bariery pokonywanej przez rzekę. Ekstremalnymi przykładami są przełom Yarlung Tsangpo (czyli Brahmaputry) przez Himalaje, mający ponad 500 km długości i ok. 5,5 km głębokości liczonej od koryta rzeki do wierzchołka sąsiadującego z nią szczytu Namcze Barwa (7782 m n.p.m.), oraz zlokalizowany również w Himalajach na terenie Nepalu przełom rzeki Kali Gandaki, który jest kilkukrotnie krótszy od poprzedniego, za to jeszcze głębszy, bo ma blisko 6 km – tu górnym punktem odniesienia jest wierzchołek Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), siódmej góry świata.
Czy to właśnie przełomy można uznać za największe kaniony na świecie? To zależy od przyjętych kryteriów. Doceniając ich ogrom, wielu badaczy uważa, że do takich porównań nadają się tylko te kaniony, które mają wyraźną górną krawędź, a zatem przecinające górskie płaskowyże. Wyobraźcie sobie, że maszerujecie przez względnie wyrównany lub lekko pofalowany obszar, aż nagle docieracie do ostrego załamania terenu. Krajobraz zmienia się raptownie. Przed wami głęboko w dole ciągnie się aż po horyzont wąska głęboka dolina ograniczona pionowymi zboczami, jakby ktoś wielkim radłem rozpołowił ziemię. Zwykle na dole płynie rzeka, a przynajmniej strumień. W kanionach rozcinających wulkaniczną kopułę Gran Canarii wody jest niewiele. Jeszcze rzadziej pojawia się ona w kanionach rozcinających pustynne płaskowyże.
2 mld lat w jednym miejscu
Za najbardziej klasyczny kanion uważa się ten, który utworzyła rzeka Kolorado w USA. Jeszcze głębsze są kaniony rzek Colca i Cotahuasi, przecinających peruwiańskie Andy. Zacznijmy jednak od tego pierwszego. Kanion Kolorado, czyli Wielki Kanion, być może nie jest największy na świecie, ale z pewnością należy do fenomenów ziemskiej natury. Jego dwukilometrowe urwiska są jak otwarta księga, z której wprawne oko geologa może wyczytać historię ostatnich 2 mld lat. Tego nie oferuje żaden inny kanion na świecie. Niektórzy próbują jednego dnia zobaczyć go z obu stron. W tym celu trzeba albo pokonać samochodem 350 km, albo odbyć pieszą wędrówkę szlakiem o długości ponad 35 km. Najpierw idzie się 1,5 km w dół, a następnie, po pokonaniu mostka zawieszonego nad rzeką Kolorado, podchodzi żmudnie prawie 2 km.
Takiemu wyzwaniu potrafią sprostać tylko bardzo wytrzymali wędrowcy. Trzeba nie tylko mieć mocne nogi i płuca, ale też walczyć z upiornym skwarem. Na dnie kanionu temperatura w ciągu dnia przekracza latem 40°C w cieniu. Półtora kilometra wyżej, na krawędzi szczeliny, jest o 10–12°C chłodniej. Zimą taka różnica temperatur ma swoje zalety. Kto o tej porze roku zdecyduje się na wędrówkę, przekona się, że na dole panuje aura jesienno-wiosenna ze średnimi temperaturami w ciągu dnia wynoszącymi 10–15°C. Śnieg i mróz nigdy tu nie docierają. Można powiedzieć, że krawędzie i dno szczeliny znajdują się w dwóch strefach klimatycznych. Ta reguła dotyczy zresztą większości dużych kanionów.
Są też inne konsekwencje olbrzymiej różnicy wysokości względnej. Jedną z nich jest różnorodność fauny i flory. W kanionie sąsiadują ekosystemy, które normalnie dzieli dystans wielu tysięcy kilometrów. Z jednej strony – północne lasy borealne, z drugiej – gatunki typowe dla gorących pustyń zwrotnikowych. To tak, jakby w ciągu kilku godzin odbyć podróż przyrodniczą z Kanady do Meksyku albo z południowej Szwecji do Tunezji.
W jaki sposób jednak woda rzeczna zdołała przepiłować płaskowyż górski na długości ok. 400 km, wrzynając się w niego na głębokość prawie 2 km? Wyobraźmy sobie, że obszar wielkości Polski w ciągu zaledwie kilku milionów lat zostaje uniesiony na wysokość ponad 2 km. W tym przypadku tektoniczna winda ruszyła ok. 6 mln lat temu. Tak narodził się płaskowyż Kolorado, a płynąca po nim rzeka zaczęła równocześnie wycinać Wielki Kanion. Proces ten trwa do dziś i potrwa jeszcze miliony lat. Niezwykłą cechą płaskowyżu jest to, że budujące go skały leżą poziomo, jakby nigdy nie zostały poddane żadnym naciskom i fałdowaniom. Zdumiało to już pierwszych odkrywców, którzy dotarli do kanionu w II połowie XIX w. Długo uważano, że nie da się go przepłynąć, ale latem 1869 r. uczyniła to grupa śmiałków, na której czele stał geolog John Wesley Powell. Podczas trwającej trzy miesiące ekspedycji pokonano setki niebezpiecznych bystrzy i spiętrzeń.
Colca i jej sąsiadka
Znacznie później, bo dopiero w 1979 r., został pokonany kanion peruwiańskiej rzeki Colca. Co ciekawe, pierwsi przepłynęli go Polacy z ekspedycji zorganizowanej przez klub kajakowy działający przy AGH w Krakowie. Sam kanion jest krótszy od kanionu Kolorado – liczy ok. 150 km – ale uchodzi za znacznie głębszy, choć znów ocena zależy od punktu odniesienia. Colca wrzyna się w andyjski płaskowyż na głębokość mniej więcej 2 km, czyli porównywalną z Kolorado, ale w Andach ponad wysokogórską równinę wystają jeszcze stożki wulkanów wznoszących się na wysokość ponad 6000 m n.p.m. Niektóre z tych olbrzymów znajdują się w niedalekiej odległości od kanionu, a różnica wysokości pomiędzy jego dnem a szczytowymi partiami tych wulkanicznych kopców przekracza miejscami 4 km. Dlatego w wielu rankingach to właśnie kanion Colca jest uważany za najgłębszą rozpadlinę na ziemskich lądach.
Niewiele, bo tylko o 0,5 km, ustępuje mu pod względem głębokości równie spektakularny kanion sąsiedniej rzeki Cotahuasi, jeszcze dzikszej i bardziej niedostępnej. Obie doliny stanowią mozaikę gleb, flory, fauny i mikroklimatów. Tych ostatnich doliczono się tu 12 – od bardzo chłodnego w najwyższych partiach wulkanów, przez cały rok pokrytych śniegiem, po tropikalny na dole. Tak jak w przypadku innych wielkich kanionów również i te andyjskie olbrzymy są matecznikami wielu gatunków endemicznych lub zagrożonych wyginięciem, które mogą się łatwo ukryć wśród labiryntu skał, przepaści, turni i mniejszych wąwozów. Azyl znalazł tu m.in. kondor wielki – święty ptak rdzennych ludów zamieszkujących Andy, utożsamiany przez nich z bóstwami słonecznymi i uznawany za symbol siły i zdrowia.
Ludzie bardzo wcześnie przybyli do kanionów Colca i Cotahuasi, a także do wielu mniejszych dolin wrzynających się w Andy na setki metrów. Ponad 4 tys. lat temu zaczęli w dolnych partiach tych wcięć zakładać tarasy, na których uprawiali dziesiątki roślin. Wybierali miejsca, gdzie gleby są urodzajne, klimat korzystny, a zasoby wody znaczne. W andyjskich kanionach rozkwitła prężna cywilizacja rolnicza, której osiągnięcia przejmowały kolejne społeczności i kultury, łącznie z reprezentowaną przez Inków. Ci ostatni działali z rozmachem w kanionie Colca i rozbudowali do niespotykanych wcześniej rozmiarów systemy tarasów rolniczych. Wiele z nich zostało porzuconych po przybyciu Hiszpanów, ale nie wszystkie. Ostatnio zresztą ta tradycja odżywa. Dzięki temu dna andyjskich kanionów znów zielenią się przez cały rok.
Turystyczne raje
Pewne kaniony stały się magnesem dla turystów. Rekordzistą jest oczywiście Kolorado, który w 2023 r. ściągnął 4,74 mln osób (a one z kolei wydały 759 mln dol.). Podziwianie zazwyczaj odbywa się z pewnego dystansu, czyli ze specjalnie przygotowanych platform widokowych. Chętnych do dłuższych wędrówek po kanionach nie ma już tak wielu. Do doliny Colca dociera rocznie 100–120 tys. turystów, ale tylko nieliczni wyruszają na dłuższe piesze wycieczki. Przełom Kali Gandaki pokonuje co roku 20–30 tys. amatorów trekkingu, co trwa około tygodnia.
Znaczną popularnością wśród piechurów cieszy się kanion Fish River w południowej Namibii. To największa taka szczelina w Afryce i zarazem jedna z najdłuższych na świecie – osiągająca średnio 0,5 km głębokości dolina ciągnie się aż przez 160 km. Na jej dnie na odcinku liczącym blisko 90 km wytyczono szlak pieszy pokonywany zwykle w ciągu pięciu dni. Ponieważ po drodze nie ma żadnej infrastruktury turystycznej, wszystko trzeba dźwigać na plecach. Konieczne jest też uzyskanie pozwolenia na trekking, a jednym z wymogów jest przedstawienie zaświadczenia lekarskiego o dobrym stanie zdrowia. Oczywiście i w tym przypadku bliski kontakt z kanionem można ograniczyć do zerknięcia do jego wnętrza z kilku punktów widokowych, ale można też pójść na całość i… przebiec cały szlak. Rekordziści robią to w mniej niż 10 godz. Od 2011 r. na dnie kanionu organizowany jest rokrocznie ultramaraton o długości ok. 100 km dla mężczyzn i ok. 65 km dla kobiet.
Nie trzeba jednak jechać na inne kontynenty, aby zerknąć do wnętrza naprawdę głębokiego kanionu. Wystarczy udać się do francuskiej Prowansji, gdzie płynie niewielka rzeka Verdon. Na odcinku liczącym ok. 25 km przecina ona wapienny masyw górski, tworząc gardziel o maksymalnej głębokości 700 m i minimalnej szerokości nieprzekraczającej 200 m. Turyści kochają to miejsce. Jednym wystarcza przejażdżka samochodem połączona z zaliczeniem wielu punktów widokowych, inni wędrują szlakami pieszymi poprowadzonymi w pobliżu półkilometrowej otchłani i przeznaczonymi raczej dla tych bez lęku wysokości. Kolejni wypożyczają kajaki, pontony i tratwy, by spłynąć rwącą rzeką przez kanion. Wreszcie są i tacy, którzy wspinają się po pionowych urwiskach. Wytyczono tu ponad tysiąc dróg wspinaczkowych. Szacunki mówią, że co roku pojawia się tu ok. 1 mln osób, a ich obecność bywa coraz uciążliwsza. Ostatnio kanion Verdon został zaliczony do dziesięciu atrakcji turystycznych Francji najbardziej zagrożonych turystyką masową.
Dodajmy przy okazji, że Verdon nie jest największym kanionem w Europie – zarówno długością, jak i głębokością przewyższa go potężne wcięcie rzeki Tara w Czarnogórze, która na odcinku ok. 80 km wrzyna się na głębokość ponad kilometra w wysoko położony płaskowyż Durmitor, będący częścią Gór Dynarskich. Na razie to czarnogórskie cudo natury nie uskarża się na nadmiar turystów – teren jest trudno dostępny i ubogi w infrastrukturę, co nie znaczy, że nie da się tam dotrzeć. Chętnych do podziwiania kanionu Tary przybywa z każdym rokiem. Wciąż jednak jest to miejsce stosunkowo puste, choćby w porównaniu z kolejnym kanionem popularnym wśród turystów i dobrze znanym także naszym rodakom odwiedzającym Kretę. Mowa oczywiście o Samarii – wąskiej szczelinie o długości 16 km i minimalnej szerokości zaledwie kilku metrów, którą każdego roku pokonuje 150–170 tys. osób. Większość z nich przybywa w ramach wycieczek organizowanych przez biura podróży i nie wszyscy mają świadomość, że czeka ich nie spacer po bulwarze, ale górska wielogodzinna wyprawa.
Najdłuższa szczelina na Ziemi
Kaniony bywają niebezpieczne, a nawet zabójcze. W sierpniu 1997 r. śmierć w wyniku powodzi błyskawicznej poniosło 11 turystów przebywających na dnie słynnego Kanionu Antylopy w amerykańskim stanie Arizona. Woda deszczowa, która spadła ok. 10 km na północ od kanionu, spłynęła gwałtownie po powierzchni skał, a następnie wlała się do suchej zazwyczaj szczeliny. Wszystko stało się tak nagle, że ludzie nie mieli szans na ucieczkę. Po tej tragedii w kanionie zainstalowano stalowe drabiny umożliwiające szybkie wyjście z rozpadliny. W porównaniu z największymi kanionami jest ona maleństwem o łącznej długości ok. 1 km i maksymalnej głębokości ok. 30 m. Powstała w miejscu, gdzie woda wypłukała piaskowcową skałę z mniej odpornej strefy spękań. Zaczęło się miliony lat temu od niewielkiego wyżłobienia, a skończyło na szczelinie, w której wnętrzu turyści – przybywający tu tłumnie (ponad 1,1 mln odwiedzających w 2022 r.) – mogą podziwiać niezwykłe, wręcz surrealistyczne formy skalne oraz grę smug światła słonecznego wpadającego od góry i odbijającego się od ścian rozpadliny, wyrzeźbionych i wypolerowanych przez wodę.
Takie szczelinowe kaniony (ang. slot canyon), jak się je określa, występują w wielu miejscach na Ziemi. Słyną z nich niektóre fragmenty Gór Skalistych, Pirenejów czy pasma Blue Mountains w Australii. Za największy na świecie uchodzi kanion Buckskin Gulch w amerykańskim stanie Utah, który wije się przez 26 km, przy czym ściany tej wąziutkiej szczeliny, oddalone od siebie najwyżej o kilka metrów, osiągają wysokość 150 m. Ze względu na zagrożenie powodziami błyskawicznymi każdego dnia może w nim przebywać tylko 20 osób. Jedyna druga ucieczki w postaci metalowej drabinki znajduje się w połowie długości kanionu. Szczęśliwie do tej pory nikt tu nie zginął.
Jeden z najwspanialszych kanionów szczelinowych prowadzi do ruin starożytnej Petry (na terenie Jordanii), skalnego miasta Nabatejczyków sprzed 2 tys. lat. Aby się do niej dostać, trzeba przebyć krętą skalną rozpadlinę zwaną Siq o długości ok. 1 km i minimalnej szerokości kilku metrów, ograniczoną ponadstumetrowymi pionowymi ścianami. Dawniej mogli nią wędrować tylko nieliczni, dziś drogę tę pokonuje co roku niemal milion turystów (jednodniowy bilet kosztuje ok. 70 dol. lub więcej, jeśli nie nocują w Jordanii). W ten sposób Siq, choć względnie nieduży, znalazł się w wąskiej kategorii kanionów, które stały się turystycznymi żyłami złota.
Po drugiej stronie globu znajdziemy najdłuższą na Ziemi szczelinę, której żaden turysta jeszcze długo nie odwiedzi, ponieważ znajduje się pod lądolodem grenlandzkim. Odkryto ją ponad dekadę temu na północy wyspy dzięki falom radarowym wysyłanym z samolotów badawczych i przenikającym lód. Ma ona co najmniej 750 km długości, 800 m maksymalnej wysokości i średnią szerokość 10 km. Prędzej człowiek stanie na krawędzi Valles Marineris – największego kanionu w Układzie Słonecznym, znajdującego się na Marsie, długiego na kilka tysięcy kilometrów i głębokiego na 7 km – aniżeli zobaczy tę grenlandzką rozpadlinę.